Denali "góra która chciała mnie zatrzymać.

                   Wylądowaliśmy w Anchorage. Cudem udało nam się załapać na ten lot. Jeden z bagaży podczas biegu do samolotu zaginął, poleciał nie wiadomo, gdzie. Kiedy nasz kolega załatwiał formalności z bagażem, reszta grupy czekała na taxi zmęczona podróżą. W powietrzu czuliśmy już zew przygody.
Auto podjechało z metalową przyczepką w kształcie ogórka, jak lśniący rycerz. Kierowcą był mega miły człowiek, ale trzeba było się przyzwyczaić do jego specyficznego akcentu. Już w drodze zauważyliśmy zauroczenie Amerykanów swoją flagą. Chłonęliśmy każdy kawałek widoku za oknem, jakbyśmy nie mieli już go zobaczyć.



Szybko dojechaliśmy do hotelu. Nie obyło się oczywiście bez problemu zaginionej rezerwacji. Trwało to trochę, ale w końcu udało się! Trzeba było się ogarnąć i zorganizować coś do jedzenia. 
Wyjście na miasto- najpierw trzeba było coś zjeść, potem był czas na zakup sprzętu, który był nam potrzebny na wyprawie.

Kolejnego dnia wyruszyliśmy do Talkeetnej. To mała miejscowość, w której zimą mieszka zaledwie 16 osób. Czekała nas tu odprawa u Rangerów i spakowanie sprzętu, po czym nastąpił wylot małym samolotem na lodowiec.
Celowo pominąłem czas spędzony w miastach, gdyż był to czas czysto organizacyjny.



Zbliżał się TEN dzień. Dokumenty oraz gotówka zostały na lotnisku w sejfie, a my oczekiwaliśmy na nasz lot.
Zespół pierwszy poleciał wcześniej, a my czekaliśmy na naszą kolej. Każdy z nas cieszył się i śmiał, ale dawało się wyczuć pewnego rodzaju napięcie. W głowie przed wyprawą rodzą się zawsze dziwne myśli. Tym bardziej, że jeszcze w biurze w radiu usłyszeliśmy komunikat, że dwie awionetki zderzyły się nad lodowcem i nikt nie przeżył wypadku. Atmosfera robiła się ciężka, gdy nagle pilot dał znak, że lecimy. 


Warkot silnika zagłuszył myśli, a stały ląd szybko znikł z oczu. Szybki zwrot i po chwili objęliśmy kierunek gór. Napięcie powoli rosło, gdy przelatywaliśmy blisko strzelistych jak igły turni. Wokół roztaczała się biel.
W pewnym momencie było blisko, naprawdę blisko... Ech, co za pilot! Po chwili poczuliśmy, jak nasz samolot obniżył lot. Lądowaliśmy! Jednak na twardym gruncie czuję się najlepiej. Szybko rozpakowaliśmy plecaki i sanki. Ekipa, która pierwsza przyleciała, była już gotowa do dalszej drogi. My po chwili wiązania sań i samych siebie również zgłosiliśmy gotowość.

              Przygoda się zaczęła! Byliśmy podekscytowani i jednocześnie skupieni. Dobrze wiedzieliśmy, że czekało nas 200- metrowe zejście a następnie 300 metrów w górę. Nasze zespoły powoli zmierzały w kierunku obozu numer 1. Zaczęliśmy się uczyć chodzić z saniami. Co jakiś czas lądowały na piętach i zaczynało nas to irytować. Szybko znaleźliśmy na to sposób.
Powoli zbliżaliśmy się do wypłaszczenia. Teraz było jakby łatwiej, sanie ciągnęły się same za nami, a każdy z nas miał możliwość podziwiania widoków. Jak małe mrówki na białym puchu mknęliśmy otoczeni graniami tak wysokimi, że zdawały się sięgać nieba. Minęliśmy kolejny szczyt- Mt Crosson po lewej i po prawej- Mt Frances. Lekko skręciliśmy w prawo i rozpoczęliśmy pierwsze, lekkie podejście. Mimo małej wysokości dało się odczuć zmęczenie, a sanie stawały się cięższe z każdym metrem. 
Kolejny zakręt i znów pod górę. Kurczę, a miało być już obozowisko! Patrzyłem na resztę, też czuli zmęczenie, jak ja. Stanęliśmy na chwilę, by odpocząć. W głowie zaczęło się poszukiwanie siły, kilka łyków herbaty, sanie na pas i ciśniemy dalej. Nagle, dosłownie po kilku krokach, okazało się, że mamy przed sobą Camp1 7800 Ft. 


Byliśmy uratowani! Wszyscy przyspieszyliśmy kroku, jakby od tego miało zależeć nasze życie. Dopadliśmy miejsca po wcześniejszym namiocie. „Namiot wyje...ny w kosmos” czyli Tomek, Daniel i ja znaleźliśmy dobrą miejscówkę z wykopem na nogi. Poprawiliśmy platformę i przygotowywaliśmy się do postawienia namiotu. Początki bywają trudne, ale walczyliśmy dzielnie. Po dłuższej chwili stanął tymczasowy dom. Dom na następne tygodnie. Co dalej? Rozpaliliśmy palniki, by ugotować wodę na posiłek i herbatę. Szybko okazało się, że rodzajów herbat mieliśmy sporo, a posiłków nie powinno nam zabraknąć.  Siedzieliśmy w namiocie i delektowaliśmy się. Wchłanialiśmy widok otaczających nas góry tak głęboko, że sami stawaliśmy się ich częścią. Widziałem po twarzach, każdy z nas miał chwilę dla siebie. Dla własnych myśli. O czym? Niech to pozostanie  tajemnicą, to czas każdego z nas i gór. W ciepłym namiocie zaczęliśmy się poznawać, kim jesteśmy? Ale gdy przed nami kawał wspólnej drogi i zagrożeń, czy istotne jest, czy jesteś piekarzem czy górnikiem? Góry szybko zweryfikują każdego bez względu na zawód.  Zerknąłem jeszcze na niebo przed snem i zniknąłem we własnych myślach otulony puchem.



Kolejny dzień. Wstaliśmy naładowani ogromną energią. W powietrzu czuć było zapach herbaty... zmieszany ze spaghetti?? Tak, chłopaki coś jedli. Po chwili siedzieliśmy na naszych zielonych kibelkach i zajadaliśmy śniadanie. Mój wzrok na moment utkwił w otchłani. Miałem kompletną pustkę w głowie, żadnych myśli, znieruchomiałem. Z zadumy wyrwało mnie pytanie: chcesz jeszcze herbaty?
Nadal się poznawaliśmy i wymienialiśmy doświadczeniami.
Sanie gotowe były do wymarszu. Podczepiliśmy się liną i pociągi ruszyły na Camp 2.
Z początku sanie dały się lekko prowadzić, lecz z każdym krokiem stawały się coraz cięższe, a ból na biodrach okazał się dość silny. Naładowani dużym entuzjazmem dawaliśmy jednak radę. Byliśmy jak koń w zaprzęgu, który mimo zmęczenia, bity batem, rusza pod górę. Mieliśmy do pokonania całkiem spory kawałek. 
Po prawej minęliśmy Kahiltna Peak, po lewej zostawiliśmy Kahiltna Dome. Szczyty okalały nas, jakby strzegły kierunku trasy. Wiedzieliśmy, że zaczęła się trudniejsza droga, w której nie brakowało szczelin. Myśl, że można w nie wpaść, mobilizowała każdego z nas. Z każdym krokiem odczuwaliśmy ból i zmęczenie od ciągniętych sań. Chciałoby się je zostawić, lecz wtedy wszystko trzeba byłoby nosić na plecach. Szum wiatru muskający nasze twarze jak puch otulał nasze myśli. 
Odpoczynek. Piłem herbatę i czułem zmęczenie, a przecież to był dopiero początek drogi! Gdzie siły na resztę? Czyżbym miał nie wejść? Nie! Szybko odnalazłem prawidłowy kierunek myślenia i powróciłem do wspólnych rozmów. W międzyczasie znaleźliśmy czas na zdjęcia, by upamiętnić chwile spędzane w tej zimnej krainie. Sanie były gotowe, więc ruszyliśmy dalej. Przed nami zakręt w prawo i dość mocno pod górę. Teraz dopiero poczułem naprawdę sanie, jakby ważyły ze 100kg. Ale nic, krok za krokiem i dalej pod górę. Pogoda nas rozpieszczała, było ciepło. Szybko zacząłem się grzać. Od wyjścia założyliśmy raki, szło się zdecydowanie lepiej. Nie ślizgaliśmy się, a kroki stały się pewniejsze. Dwa zespoły po 5 osób, jak wagoniki dobrze naoliwionej maszyny, mknęły ku górze. Opalani słońcem, mimo lodowej aury, smarowaliśmy się kremami, by nie spalić skóry. Po długim i mozolnym podejściu, dość wyczerpani, zobaczyliśmy 11-tkę!

Tym razem postawienie obozu poszło znacznie lepiej. Nawet nasz namiot szybko znalazł swoje miejsce i po chwili czuć już było herbatę i dobre żarełko. Każdy z nas był zmęczony, ale nie dał po sobie poznać. Tego dnia rozmowy zeszły na temat: co Ty tu robisz i dlaczego mam Ci zaufać wtedy, gdy zajdzie potrzeba. Jak szpiedzy własnych myśli rozgrywaliśmy partie szachów w głowach, by znaleźć odpowiedzi kim jest ten, kto siedzi obok mnie. Spoglądałem w niebo i tonąłem w myślach. Oddalałem się, niczym porwany przez wiatr i niesiony w inne miejsce, odległe od zgiełku narastających myśli. Miałem ochotę się tam zatrzymać. Jednak szybko powracała myśl, że jesteśmy zespołem i czas zintegrować działania. Zbliżała się noc i już wiedzieliśmy, że jutrzejszy dzień będzie mega ciężki. 


Jasny gwint, jak mi się nie chciało wstawać!
Popędzani czasem szybko uwijaliśmy się ze sprzętem. Wyciągnąłem czekan i schowałem jeden z kijków, sprawdziłem dokładnie sprzęt. Tak, tego dnia czekały nas 3 ciężkie podejścia i pole usłane szczelinami. Jeszcze kilka słów ze strony liderów i ruszyliśmy. Mocno w górę, zakosami wspinaliśmy się na pierwsze wzniesienie. Niepokój był odczuwalny, gdy mijaliśmy pierwszą szczelinę, zasypaną, ale my wiedzieliśmy, że tam była. Jak rekin czekający, aż wpadniesz do wody. Doszliśmy do wzniesienia, z którego w dole widać było mały obóz tych, co zostali.  Z góry namioty wyglądały jak kolorowe klocki. Ruszyliśmy dalej. Przed nami wyrosło drugie ciężkie wzniesienie. Jasna cholera, jak te sanki teraz ciągną w dół. Zapierałem się kijkiem, czekan był w ciągłej gotowości. Kolejne kroki w górę stawały się mega trudne. Po lewej zobaczyłem piękną górę, nie zapamiętałem jej nazwy. Droga nagle zaczęła się wypłaszczać. Zaczęło mocno wiać. Pod stopami piękny błękit. Czysty surrealizm. I to wrażenie, że stąpasz po morzu, które zamarzło w jednej chwili. Błękit przykryty śniegiem. Uważaliśmy na każdym kroku, by nie wpaść w szczelinę. Szliśmy dalej, trzymając się lewej strony. Tak zalecił Ranger. Krótki odpoczynek, bo przed nami ukazał się Windy Corner.
Łyk herbaty, sprawdzenie sprzętu i w drogę. Zaczęliśmy ostatnie strome podejście. Było naprawdę ciężko. Wiatr rósł w siłę, a w głowie szalały myśli. Gdzieś w tym zgiełku odnalazłem własny tor, skupiłem się na zadaniu. Zakosy stawały się coraz bardziej strome, a sanie zaczęły latać, jakby nie wiedziały, w którą stronę idziemy. Zbliżaliśmy się do Cornera, coraz więcej skałek. Byliśmy co prawda w górach, ale tu spotkało nas miłe zaskoczenie: można było usiąść na kamieniu, nie na śniegu. Czas odpoczynku był bardzo krótki. Nie można było się nawet napić. Wiatr szalał tak mocno, że miałem ochotę ruszyć dalej bez odpoczynku.


No i się zaczęło! Sanie ściągały każdego z nas w szczelinę po prawej, cały stok był nachylony i oblodzony. Ale jazda! Myśl, myśl... Gówno prawda. Nie myśl, tylko skup się na robocie! Ostrożnie stawialiśmy każdy krok, upewniając się, czy wszystko jest ok. Asekurowaliśmy się wzajemnie, ale te cholerne sanki coraz mocniej ściągały całą ekipę w dół. Walczyliśmy ze sobą, z wiatrem i z saniami. 
Wreszcie pokonaliśmy zakręt i wyszliśmy na prostą, lecz tu też nie było kolorowo. Szczeliny były już widoczne i nieraz trzeba było przez nie przechodzić. Nagle usłyszałem – wpadła!! Odwróciłem się i zobaczyłem, jak dziewczyna wpada w szczelinę. Nie czekając, rzuciłem się na glebę z czekanem wbitym w lód.
Na szczęście dziewczyna tylko nogami wpadła w otwór, ale odruchowo położyłem się na lodzie. Po chwili byliśmy już w dalszej drodze. Po długim marszu zobaczyliśmy miasto po środku białej pustyni.
W głowach nie było już nic, tylko chęć odpoczynku.
Stanęliśmy wyczerpani pośrodku tego miasteczka. Było ogromne i niebywałe. Na wietrze słychać było powiewające flagi różnych narodowości. Znaleźliśmy kawałek miejsca i szybko adoptowaliśmy je pod naszą bazę. Ostatkiem sił budowaliśmy mury chroniące przed wiatrem, a w międzyczasie gotowaliśmy. Nie zgadniecie co😊 Herbatę i liofy o przeróżnych smakach. Byliśmy wykończeni, ale wiedzieliśmy, że sanki już zostają. 

            Ta myśl dała nam ogromną radość!  Mimo braku wytchnienia i ogromnego zmęczenia nie położyliśmy się szybko do snu. Było jeszcze słońce, więc ładowaliśmy baterie solarne i delektowaliśmy się otoczeniem. Patrzyłem na ludzi wokół. Wszyscy mówili różnymi językami. 

Z chwilą, gdy słońce zaczęło zachodzić, zaczynał doskwierać chłód. Zamknęliśmy się w namiotach, ale nie poszliśmy szybko spać. Byliśmy w 14-tce, więc nazajutrz czekał nas reset. 


Dzień resetu to dzień wspinaczki w kierunku 17-tki i powrót w celu aklimatyzacji. Tak więc kolejnego poranka patrzyłem na ścianę lodu przed nami i zastanawiałem się, czy to ten moment, kiedy trzeba odpuścić? Grupą zaczęliśmy podejście pod West Butters i tam też skończyliśmy aklimatyzację. Nie szło nam najlepiej i muszę przyznać, zmartwiło mnie tempo, w jakim pokonaliśmy ścianę. Pogoda nie rozpieszczała, ale i tak było słabo. Wracając zaszliśmy do Rangerów sprawdzić pogodę. Wiedzieliśmy, że jeszcze nikt z bazy nie zdobył szczytu tego sezonu. Ta informacja tkwiła w głowie jak zły omen.
Podeszliśmy do namiotu, przed którym tabliczka pogodowa informowała, że pogoda nie zmieni planów.
Ranger poinformował nas, że jest -10 i wieje dość mocno. Na co odpowiedzieliśmy, że to pogoda z dziś, a nas interesuje, jak będzie jutro.

 Zaśmiał się szczerze i powiedział:

- Nie wiemy, jesteśmy na Denali.
Po czym dodał:

- Słuchaj, jak wyjdziesz z namiotu i będzie niebiesko u góry- idź, a jak nie- to zostań i zaparz herbatę.

Z tą złota myślą, ale i niepokojem w sercach, wróciliśmy do namiotów. Parząc herbatę liczyliśmy dni na powrót. Pogodę skonsultowaliśmy jeszcze za pomocą telefonu satelitarnego z Polską.



Po długiej naradzie wyszło na to, że jak wyruszymy nazajutrz, zostaną nam 2 dni zapasu. Wiedzieliśmy, że w tym klimacie to jak nic.
Po odpoczynku spakowaliśmy swoje rzeczy na jutrzejsze podejście do 17-tki. Korzystając z okazji, chodziliśmy po obozie, by nie przeleżeć reszty dnia.
W namiotach słychać było rozmowy, dawało się wyczuć rosnące napięcie. Pod wieczór zapadła decyzja, dwie osoby miały pozostać w bazie. Jeden członek grupy nie czuł się dobrze, a kolega z jego namiotu zobligował się do pozostania razem z nim. 
Następnego dnia pogoda okazała się sprzyjająca. Szybko spakowaliśmy sprzęt, wypiliśmy ciepły napar, uzupełniliśmy zapasy. Ruszyliśmy w drogę jeszcze raz tą samą ścieżką, ale już z większą znajomością terenu. Podczas podejścia na Grań koleżance z przodu wypiął się rak, ale udało się go złapać. Zatrzymaliśmy się i w pozycji stojącej pod kątem 45 stopni utrzymywaliśmy się na poręczowej linie. Sprawnie poszła koleżance walka z nieposłusznym rakiem. Wdrapaliśmy się na górę. Tam szybka herbata, kęs obrzydliwych żelków i dalej ruszyliśmy granią.

Często spoglądałem na prawą stronę, niemal pionowo w dół, gdzie widać było nasze małe namioty w bazie. Krocząc granią staraliśmy się maksymalnie dbać o bezpieczeństwo. Puszczaliśmy się po kolei, zabezpiecząc przód i tył, a także korzystając ze wszystkich stanowisk stałych. Nawet, gdy pozornie okazywały się mało słuszne. Tak pilnując każdego kroku doszliśmy do ostatniej bazy 17- tki.
Szybko zrzuciliśmy plecaki i zaczęliśmy robić platformy, nie pozwoliliśmy sobie na odpoczynek nawet na chwilę. Jedna osoba kopała, druga z trzecią walczyły z namiotem, inni wycinali bloki, by robić igloo. I tak powstał 1. Kiedy dziewczyny w środku robiły herbatę, reszta grupy walczyła z następnym namiotem.
Zmarznięci i wymęczeni piliśmy herbatę i robiliśmy zupę. Kurczę, wydawać by się mogło, że my tylko jemy i pijemy.
To jedynie pozory. Gotowanie w takich warunkach jest bardzo pracochłonne. I te ogromne ilości płynów, które trzeba pochłaniać, potem wydalać. Czasem można się poczuć jak maszynka do przetwarzania posiłków.


Zapadł wieczór. Zrobiło się przeraźliwie zimno, a my siedzieliśmy w namiotach smaganych wiatrem. Krzycząc do siebie, omawialiśmy szczegóły ataku na szczyt. Dostaliśmy informacje, że nazajutrz miał przyjść front burzowy i zmieść nasze stanowiska do zera. Padło hasło: wyruszamy o 4 rano!
Skończyły się rozmowy, wszyscy skupili się na zupie ziemniaczanej i spaghetti. Po degustacji spakowaliśmy tylko to, co potrzebne było na atak.
Noc minęła szybko. Wewnątrz namiotów znów zrobiło się igloo i zaczęło nam brakować powietrza, dlatego się przebudziliśmy przed 4 i zaczęliśmy szybką rozpierduchę w namiocie.
Kiedy otworzyłem namiot, było prawie jak w dzień. Jednak zimno i śnieg z wiatrem pozbawiły nas złudzeń. Spięliśmy się w lotną asekurację i ruszyliśmy w drogę.  
Kurczę, po raz kolejny torowaliśmy drogę. Dreptanie po stromym podejściu w dużym śniegu i szukanie stanowisk do podpięcia się było strasznie wyczerpujące, ale dotarliśmy na Denali Pass. Skręciliśmy w prawo, potem czekało nas cholernie męczące podejście do Football Filed. Zatrzymaliśmy się dosłownie na chwilę, by odsapnąć. Pogoda dopisywała, ale zmęczenie robiło swoje. Mieliśmy dość, ale każdy każdego wspierał i dodawał otuchy. W końcu byliśmy grupą i musimy to zrobić. Po przejściu boiska weszliśmy już na nieco obniżoną równinę około 20 metrów i tam smagani wiatrem szliśmy w kierunku „Pig Hill” (nazwa pochodzi od formacji, która wyglądem przypomina ryj świni).
Nagle odniosłem wrażenie, że teraz to już będzie mega niebezpiecznie. Przed nami było cholernie strome podejście i zakręt w prawo. Szczęście, że były częściowo poręczowanie. 

Gdy wszedłem na grań szczytową, oniemiałem. Widok był piękny, ale było zdradziecko niebezpiecznie. Z lewej i z prawej ciągnęły się niekończące się przepaście, a my mieliśmy iść granią szczytową. Nie wiem, jak szliśmy, byłem tak skupiony na niepopełnieniu błędu, że nie zwracałem uwagi na inne rzeczy. Raz z lewej strony grani, raz z prawej strony i na tyle daleko od szczytu nawisu, by nie urwał się pod naszym ciężarem. Znów zmiana stron. Wiatr i zimno. Adrenalina. Nagle jest! Nie wiem, kiedy wszedłem na wypłaszczenie i kiedy ukazała się pinezka...
Uklęknąłem przed nią. Łzy popłynęły same.


Dlaczego? Dlatego, że udało się wnieść koszulkę na szczyt? Dlatego, że udało się zdobyć górę za pierwszym razem? Czy po prostu ze szczęścia? To był ten moment.
Zrobiliśmy krótką sesję i ruszyliśmy w dół jak najszybciej. Wiedzieliśmy, że pogoda może się zepsuć w każdej chwili.
Po długim i meczącym zejściu wróciliśmy do namiotów około 23. Zejście strasznie się wydłużyło. Pewnie dlatego, że torowaliśmy drogę do góry, a na powrót brakowało już sił. Zostaliśmy na noc. Szybka herba, kęs kiełbasy i sen.
Rano pobudka. Wstawać szybko, spieprzamy (sorry za słowo)! Trzeba było szybko się pakować, szła burza. 
Wiedząc, co nas czeka, szybko zaczęliśmy zejście. Niestety nasi przyjaciele na dole w bazie nic nie wiedzieli i denerwowali się cały czas z powodu braku informacji. Udało nam się szybko pokonać Grań Butters i potem szybko zeszliśmy lodową ścianką. Wręcz biegiem, jak marines. Druga grupa zniknęła gdzieś w zaczynającej się wichurze.

Doszliśmy do bazy. Czekali na nas, zrobili nam herbatę. Nasza druga grupa była nadal niewidoczna. W końcu wyruszyliśmy naprzeciw i zobaczyliśmy ich. Jeden z członków był wyczerpany. Niestety dalsza droga była zbyt ryzykowna, więc zostaliśmy na noc w bazie. Przygotowaliśmy się, by rano ruszyć w dół.
Kolejnego ranka pogodna okazała się znośna. Wiedzieliśmy dokładnie, że czas nie gra na naszą korzyść.


Zaczepiliśmy sanie w dół na Windy Corner. Burza śnieżna, która miała być dzień wcześniej, dopadła nas właśnie tam. Nie było sensu wracać i tak było już dostatecznie niebezpiecznie. Szliśmy w dół, wydłużając maksymalnie nasze grupy, by szukać w miotającym śniegiem nas wietrze kolejnych traserów. I tak w potężnym wietrze doszliśmy do niższych obozów. Zabraliśmy depozyt i ruszyliśmy dalej, do jedynki. Znów wiatr, znów śnieg, cholernie zimno. Miałem wrażenie, że góra nie chce nas wypuścić. A tu nagle... Tuż przed jedynką słońce i brak chmur. 



Rozstawiliśmy namioty i tym razem w spokoju spędziliśmy noc. Kolejnego poranka w dupę dostaliśmy jeszcze Hartbreak Hill. Miałem dość. Najpierw długo, długo w dół z tymi ciężkimi saniami, a potem znów pod górę do lądowiska. Mijając rozradowanych ludzi idących dopiero w górę, cieszyłem się w duchu, że ja już ją zdobyłem. Współczułem im: gdy ja będę pił piwko w Talkeetne i jadł steka, ty będziesz zmagał się z górą.


Ale w głębi serca pozdrawiałem ich gorącym hello.
Jest lotnisko. Nasza przygoda zbliża się do końca. Pakujemy się wracamy cali i szczęśliwi.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Początki drogi

Samotnie na Kazalnicy