Denali "góra która chciała mnie zatrzymać.
Wylądowaliśmy
w Anchorage. Cudem udało nam się załapać na ten lot. Jeden z bagaży podczas
biegu do samolotu zaginął, poleciał nie wiadomo, gdzie. Kiedy nasz kolega
załatwiał formalności z bagażem, reszta grupy czekała na taxi zmęczona podróżą.
W powietrzu czuliśmy już zew przygody.
Auto podjechało z metalową przyczepką w kształcie ogórka, jak lśniący rycerz. Kierowcą
był mega miły człowiek, ale trzeba było się przyzwyczaić do jego specyficznego
akcentu. Już w drodze zauważyliśmy zauroczenie Amerykanów swoją flagą. Chłonęliśmy
każdy kawałek widoku za oknem, jakbyśmy nie mieli już go zobaczyć.
Szybko dojechaliśmy do hotelu.
Nie obyło się oczywiście bez problemu zaginionej rezerwacji. Trwało to trochę,
ale w końcu udało się! Trzeba było się ogarnąć i zorganizować coś do jedzenia.
Wyjście na miasto- najpierw trzeba było coś zjeść, potem był czas na zakup
sprzętu, który był nam potrzebny na wyprawie.
Kolejnego dnia wyruszyliśmy
do Talkeetnej. To mała miejscowość, w której zimą mieszka zaledwie 16 osób.
Czekała nas tu odprawa u Rangerów i spakowanie sprzętu, po czym nastąpił wylot
małym samolotem na lodowiec.
Zbliżał się TEN dzień. Dokumenty oraz gotówka zostały na lotnisku w sejfie, a
my oczekiwaliśmy na nasz lot.
Zespół pierwszy poleciał wcześniej, a my czekaliśmy na naszą kolej. Każdy z nas
cieszył się i śmiał, ale dawało się wyczuć pewnego rodzaju napięcie. W głowie przed
wyprawą rodzą się zawsze dziwne myśli. Tym bardziej, że jeszcze w biurze w
radiu usłyszeliśmy komunikat, że dwie awionetki zderzyły się nad lodowcem i
nikt nie przeżył wypadku. Atmosfera robiła się ciężka, gdy nagle pilot dał znak,
że lecimy.
Warkot silnika zagłuszył myśli, a stały ląd szybko znikł z oczu. Szybki zwrot i
po chwili objęliśmy kierunek gór. Napięcie powoli rosło, gdy przelatywaliśmy
blisko strzelistych jak igły turni. Wokół roztaczała się biel.
W pewnym momencie było blisko, naprawdę blisko... Ech, co za pilot! Po chwili poczuliśmy,
jak nasz samolot obniżył lot. Lądowaliśmy! Jednak na twardym gruncie czuję się
najlepiej. Szybko rozpakowaliśmy plecaki i sanki. Ekipa, która pierwsza
przyleciała, była już gotowa do dalszej drogi. My po chwili wiązania sań i
samych siebie również zgłosiliśmy gotowość.
Przygoda się zaczęła! Byliśmy
podekscytowani i jednocześnie skupieni. Dobrze wiedzieliśmy, że czekało nas 200-
metrowe zejście a następnie 300 metrów w górę. Nasze zespoły powoli zmierzały w
kierunku obozu numer 1. Zaczęliśmy się uczyć chodzić z saniami. Co jakiś czas lądowały
na piętach i zaczynało nas to irytować. Szybko znaleźliśmy na to sposób.
Powoli zbliżaliśmy się do
wypłaszczenia. Teraz było jakby łatwiej, sanie ciągnęły się same za nami, a
każdy z nas miał możliwość podziwiania widoków. Jak małe mrówki na białym puchu
mknęliśmy otoczeni graniami tak wysokimi, że zdawały się sięgać nieba. Minęliśmy
kolejny szczyt- Mt Crosson po lewej i po prawej- Mt Frances. Lekko skręciliśmy
w prawo i rozpoczęliśmy pierwsze, lekkie podejście. Mimo małej wysokości dało
się odczuć zmęczenie, a sanie stawały się cięższe z każdym metrem.
Kolejny zakręt i znów pod górę. Kurczę, a miało być już obozowisko! Patrzyłem
na resztę, też czuli zmęczenie, jak ja. Stanęliśmy na chwilę, by odpocząć. W
głowie zaczęło się poszukiwanie siły, kilka łyków herbaty, sanie na pas i
ciśniemy dalej. Nagle, dosłownie po kilku krokach, okazało się, że mamy przed
sobą Camp1 7800 Ft.
Byliśmy uratowani! Wszyscy przyspieszyliśmy kroku, jakby od tego miało zależeć nasze
życie. Dopadliśmy miejsca po wcześniejszym namiocie. „Namiot wyje...ny w
kosmos” czyli Tomek, Daniel i ja znaleźliśmy dobrą miejscówkę z wykopem na
nogi. Poprawiliśmy platformę i przygotowywaliśmy się do postawienia namiotu.
Początki bywają trudne, ale walczyliśmy dzielnie. Po dłuższej chwili stanął tymczasowy
dom. Dom na następne tygodnie. Co dalej? Rozpaliliśmy palniki, by ugotować wodę
na posiłek i herbatę. Szybko okazało się, że rodzajów herbat mieliśmy sporo, a
posiłków nie powinno nam zabraknąć.
Siedzieliśmy w namiocie i delektowaliśmy się. Wchłanialiśmy widok otaczających
nas góry tak głęboko, że sami stawaliśmy się ich częścią. Widziałem po
twarzach, każdy z nas miał chwilę dla siebie. Dla własnych myśli. O czym? Niech
to pozostanie tajemnicą, to czas każdego
z nas i gór. W ciepłym namiocie zaczęliśmy się poznawać, kim jesteśmy? Ale gdy
przed nami kawał wspólnej drogi i zagrożeń, czy istotne jest, czy jesteś
piekarzem czy górnikiem? Góry szybko zweryfikują każdego bez względu na zawód. Zerknąłem jeszcze na niebo przed snem i zniknąłem
we własnych myślach otulony puchem.
Kolejny dzień. Wstaliśmy naładowani
ogromną energią. W powietrzu czuć było zapach herbaty... zmieszany ze
spaghetti?? Tak, chłopaki coś jedli. Po chwili siedzieliśmy na naszych
zielonych kibelkach i zajadaliśmy śniadanie. Mój wzrok na moment utkwił w otchłani.
Miałem kompletną pustkę w głowie, żadnych myśli, znieruchomiałem. Z zadumy
wyrwało mnie pytanie: chcesz jeszcze herbaty?
Nadal się poznawaliśmy i wymienialiśmy doświadczeniami.
Sanie gotowe były do wymarszu. Podczepiliśmy się liną i pociągi ruszyły na Camp
2.
Z początku sanie dały się lekko prowadzić, lecz z każdym krokiem stawały się
coraz cięższe, a ból na biodrach okazał się dość silny. Naładowani dużym entuzjazmem
dawaliśmy jednak radę. Byliśmy jak koń w zaprzęgu, który mimo zmęczenia, bity batem,
rusza pod górę. Mieliśmy do pokonania całkiem spory kawałek.
Po prawej minęliśmy Kahiltna Peak, po lewej zostawiliśmy Kahiltna Dome. Szczyty
okalały nas, jakby strzegły kierunku trasy. Wiedzieliśmy, że zaczęła się
trudniejsza droga, w której nie brakowało szczelin. Myśl, że można w nie wpaść,
mobilizowała każdego z nas. Z każdym krokiem odczuwaliśmy ból i zmęczenie od ciągniętych
sań. Chciałoby się je zostawić, lecz wtedy wszystko trzeba byłoby nosić na
plecach. Szum wiatru muskający nasze twarze jak puch otulał nasze myśli.
Odpoczynek. Piłem herbatę i czułem zmęczenie, a przecież to był dopiero początek
drogi! Gdzie siły na resztę? Czyżbym miał nie wejść? Nie! Szybko odnalazłem prawidłowy
kierunek myślenia i powróciłem do wspólnych rozmów. W międzyczasie znaleźliśmy
czas na zdjęcia, by upamiętnić chwile spędzane w tej zimnej krainie. Sanie były
gotowe, więc ruszyliśmy dalej. Przed nami zakręt w prawo i dość mocno pod górę.
Teraz dopiero poczułem naprawdę sanie, jakby ważyły ze 100kg. Ale nic, krok za
krokiem i dalej pod górę. Pogoda nas rozpieszczała, było ciepło. Szybko zacząłem
się grzać. Od wyjścia założyliśmy raki, szło się zdecydowanie lepiej. Nie
ślizgaliśmy się, a kroki stały się pewniejsze. Dwa zespoły po 5 osób, jak
wagoniki dobrze naoliwionej maszyny, mknęły ku górze. Opalani słońcem, mimo
lodowej aury, smarowaliśmy się kremami, by nie spalić skóry. Po długim i
mozolnym podejściu, dość wyczerpani, zobaczyliśmy 11-tkę!
Tym razem postawienie obozu poszło
znacznie lepiej. Nawet nasz namiot szybko znalazł swoje miejsce i po chwili czuć
już było herbatę i dobre żarełko. Każdy z nas był zmęczony, ale nie dał po
sobie poznać. Tego dnia rozmowy zeszły na temat: co Ty tu robisz i dlaczego mam
Ci zaufać wtedy, gdy zajdzie potrzeba. Jak szpiedzy własnych myśli rozgrywaliśmy
partie szachów w głowach, by znaleźć odpowiedzi kim jest ten, kto siedzi obok
mnie. Spoglądałem w niebo i tonąłem w myślach. Oddalałem się, niczym porwany
przez wiatr i niesiony w inne miejsce, odległe od zgiełku narastających myśli.
Miałem ochotę się tam zatrzymać. Jednak szybko powracała myśl, że jesteśmy
zespołem i czas zintegrować działania. Zbliżała się noc i już wiedzieliśmy, że
jutrzejszy dzień będzie mega ciężki.
Jasny gwint, jak mi się nie chciało wstawać!
Popędzani czasem szybko uwijaliśmy się ze sprzętem. Wyciągnąłem czekan i schowałem
jeden z kijków, sprawdziłem dokładnie sprzęt. Tak, tego dnia czekały nas 3
ciężkie podejścia i pole usłane szczelinami. Jeszcze kilka słów ze strony
liderów i ruszyliśmy. Mocno w górę, zakosami wspinaliśmy się na pierwsze
wzniesienie. Niepokój był odczuwalny, gdy mijaliśmy pierwszą szczelinę, zasypaną,
ale my wiedzieliśmy, że tam była. Jak rekin czekający, aż wpadniesz do wody. Doszliśmy
do wzniesienia, z którego w dole widać było mały obóz tych, co zostali. Z góry namioty wyglądały jak kolorowe klocki.
Ruszyliśmy dalej. Przed nami wyrosło drugie ciężkie wzniesienie. Jasna cholera,
jak te sanki teraz ciągną w dół. Zapierałem się kijkiem, czekan był w ciągłej gotowości.
Kolejne kroki w górę stawały się mega trudne. Po lewej zobaczyłem piękną górę,
nie zapamiętałem jej nazwy. Droga nagle zaczęła się wypłaszczać. Zaczęło mocno
wiać. Pod stopami piękny błękit. Czysty surrealizm. I to wrażenie, że stąpasz po
morzu, które zamarzło w jednej chwili. Błękit przykryty śniegiem. Uważaliśmy na
każdym kroku, by nie wpaść w szczelinę. Szliśmy dalej, trzymając się lewej
strony. Tak zalecił Ranger. Krótki odpoczynek, bo przed nami ukazał się Windy Corner.
Łyk herbaty, sprawdzenie sprzętu i w drogę. Zaczęliśmy ostatnie strome
podejście. Było naprawdę ciężko. Wiatr rósł w siłę, a w głowie szalały myśli.
Gdzieś w tym zgiełku odnalazłem własny tor, skupiłem się na zadaniu. Zakosy stawały
się coraz bardziej strome, a sanie zaczęły latać, jakby nie wiedziały, w którą
stronę idziemy. Zbliżaliśmy się do Cornera, coraz więcej skałek. Byliśmy co
prawda w górach, ale tu spotkało nas miłe zaskoczenie: można było usiąść na
kamieniu, nie na śniegu. Czas odpoczynku był bardzo krótki. Nie można było się
nawet napić. Wiatr szalał tak mocno, że miałem ochotę ruszyć dalej bez odpoczynku.
No i się zaczęło! Sanie ściągały każdego z nas w szczelinę po prawej, cały stok
był nachylony i oblodzony. Ale jazda! Myśl, myśl... Gówno prawda. Nie myśl,
tylko skup się na robocie! Ostrożnie stawialiśmy każdy krok, upewniając się,
czy wszystko jest ok. Asekurowaliśmy się wzajemnie, ale te cholerne sanki coraz
mocniej ściągały całą ekipę w dół. Walczyliśmy ze sobą, z wiatrem i z saniami.
Wreszcie pokonaliśmy zakręt i wyszliśmy na prostą, lecz tu też nie było kolorowo.
Szczeliny były już widoczne i nieraz trzeba było przez nie przechodzić. Nagle usłyszałem
– wpadła!! Odwróciłem się i zobaczyłem, jak dziewczyna wpada w szczelinę. Nie
czekając, rzuciłem się na glebę z czekanem wbitym w lód.
Na szczęście dziewczyna tylko nogami wpadła w otwór, ale odruchowo położyłem
się na lodzie. Po chwili byliśmy już w dalszej drodze. Po długim marszu zobaczyliśmy
miasto po środku białej pustyni.
W głowach nie było już nic, tylko chęć odpoczynku.
Stanęliśmy wyczerpani pośrodku tego miasteczka. Było ogromne i niebywałe. Na wietrze
słychać było powiewające flagi różnych narodowości. Znaleźliśmy kawałek miejsca
i szybko adoptowaliśmy je pod naszą bazę. Ostatkiem sił budowaliśmy mury chroniące
przed wiatrem, a w międzyczasie gotowaliśmy. Nie zgadniecie co😊 Herbatę
i liofy o przeróżnych smakach. Byliśmy wykończeni, ale wiedzieliśmy, że sanki już
zostają.
Ta myśl dała nam ogromną radość!
Mimo braku wytchnienia i ogromnego zmęczenia nie położyliśmy się szybko
do snu. Było jeszcze słońce, więc ładowaliśmy baterie solarne i delektowaliśmy
się otoczeniem. Patrzyłem na ludzi wokół. Wszyscy mówili różnymi językami.
Z chwilą, gdy słońce zaczęło zachodzić,
zaczynał doskwierać chłód. Zamknęliśmy się w namiotach, ale nie poszliśmy szybko
spać. Byliśmy w 14-tce, więc nazajutrz czekał nas reset.
Dzień resetu to dzień wspinaczki w kierunku 17-tki i powrót w celu
aklimatyzacji. Tak więc kolejnego poranka patrzyłem na ścianę lodu przed nami i
zastanawiałem się, czy to ten moment, kiedy trzeba odpuścić? Grupą zaczęliśmy
podejście pod West Butters i tam też skończyliśmy aklimatyzację. Nie szło nam
najlepiej i muszę przyznać, zmartwiło mnie tempo, w jakim pokonaliśmy ścianę. Pogoda
nie rozpieszczała, ale i tak było słabo. Wracając zaszliśmy do Rangerów
sprawdzić pogodę. Wiedzieliśmy, że jeszcze nikt z bazy nie zdobył szczytu tego
sezonu. Ta informacja tkwiła w głowie jak zły omen.
Podeszliśmy do namiotu, przed którym tabliczka pogodowa informowała, że pogoda
nie zmieni planów.
Ranger poinformował nas, że jest -10 i wieje dość mocno. Na co odpowiedzieliśmy,
że to pogoda z dziś, a nas interesuje, jak będzie jutro.
Zaśmiał się szczerze i powiedział:
- Nie wiemy, jesteśmy na Denali.
Po czym dodał:
- Słuchaj, jak wyjdziesz z
namiotu i będzie niebiesko u góry- idź, a jak nie- to zostań i zaparz herbatę.
Z tą złota myślą, ale i niepokojem w sercach, wróciliśmy do namiotów. Parząc herbatę
liczyliśmy dni na powrót. Pogodę skonsultowaliśmy jeszcze za pomocą telefonu
satelitarnego z Polską.
Po długiej naradzie wyszło na to, że jak wyruszymy nazajutrz, zostaną nam 2 dni
zapasu. Wiedzieliśmy, że w tym klimacie to jak nic.
Po odpoczynku spakowaliśmy swoje rzeczy na jutrzejsze podejście do 17-tki. Korzystając
z okazji, chodziliśmy po obozie, by nie przeleżeć reszty dnia.
W namiotach słychać było rozmowy, dawało się wyczuć rosnące napięcie. Pod
wieczór zapadła decyzja, dwie osoby miały pozostać w bazie. Jeden członek grupy
nie czuł się dobrze, a kolega z jego namiotu zobligował się do pozostania razem
z nim.
Następnego dnia pogoda okazała się sprzyjająca. Szybko spakowaliśmy sprzęt, wypiliśmy
ciepły napar, uzupełniliśmy zapasy. Ruszyliśmy w drogę jeszcze raz tą samą ścieżką,
ale już z większą znajomością terenu. Podczas podejścia na Grań koleżance z przodu
wypiął się rak, ale udało się go złapać. Zatrzymaliśmy się i w pozycji stojącej
pod kątem 45 stopni utrzymywaliśmy się na poręczowej linie. Sprawnie poszła koleżance
walka z nieposłusznym rakiem. Wdrapaliśmy się na górę. Tam szybka herbata, kęs
obrzydliwych żelków i dalej ruszyliśmy granią.
Często spoglądałem na prawą
stronę, niemal pionowo w dół, gdzie widać było nasze małe namioty w bazie.
Krocząc granią staraliśmy się maksymalnie dbać o bezpieczeństwo. Puszczaliśmy
się po kolei, zabezpiecząc przód i tył, a także korzystając ze wszystkich
stanowisk stałych. Nawet, gdy pozornie okazywały się mało słuszne. Tak pilnując
każdego kroku doszliśmy do ostatniej bazy 17- tki.
Szybko zrzuciliśmy plecaki i zaczęliśmy robić platformy, nie pozwoliliśmy sobie
na odpoczynek nawet na chwilę. Jedna osoba kopała, druga z trzecią walczyły z
namiotem, inni wycinali bloki, by robić igloo. I tak powstał 1. Kiedy
dziewczyny w środku robiły herbatę, reszta grupy walczyła z następnym namiotem.
Zmarznięci i wymęczeni piliśmy herbatę i robiliśmy zupę. Kurczę, wydawać by się
mogło, że my tylko jemy i pijemy.
To jedynie pozory. Gotowanie w takich warunkach jest bardzo pracochłonne. I te ogromne
ilości płynów, które trzeba pochłaniać, potem wydalać. Czasem można się poczuć
jak maszynka do przetwarzania posiłków.
Zapadł wieczór. Zrobiło się przeraźliwie zimno, a my siedzieliśmy w namiotach
smaganych wiatrem. Krzycząc do siebie, omawialiśmy szczegóły ataku na szczyt. Dostaliśmy
informacje, że nazajutrz miał przyjść front burzowy i zmieść nasze stanowiska
do zera. Padło hasło: wyruszamy o 4 rano!
Skończyły się rozmowy, wszyscy skupili się na zupie ziemniaczanej i spaghetti. Po
degustacji spakowaliśmy tylko to, co potrzebne było na atak.
Noc minęła szybko. Wewnątrz namiotów znów zrobiło się igloo i zaczęło nam
brakować powietrza, dlatego się przebudziliśmy przed 4 i zaczęliśmy szybką
rozpierduchę w namiocie.
Kiedy otworzyłem namiot, było prawie jak w dzień.
Jednak zimno i śnieg z wiatrem pozbawiły nas złudzeń.
Spięliśmy się w lotną asekurację i ruszyliśmy w drogę.
Kurczę, po raz kolejny torowaliśmy drogę. Dreptanie po stromym podejściu
w dużym śniegu i szukanie stanowisk do podpięcia się było strasznie wyczerpujące,
ale dotarliśmy na Denali Pass. Skręciliśmy w prawo, potem czekało nas cholernie
męczące podejście do Football Filed. Zatrzymaliśmy się dosłownie na chwilę, by
odsapnąć. Pogoda dopisywała, ale zmęczenie robiło swoje. Mieliśmy dość, ale
każdy każdego wspierał i dodawał otuchy. W końcu byliśmy grupą i musimy to
zrobić. Po przejściu boiska weszliśmy już na nieco obniżoną równinę około 20 metrów
i tam smagani wiatrem szliśmy w kierunku „Pig Hill” (nazwa pochodzi od formacji,
która wyglądem przypomina ryj świni).
Nagle odniosłem wrażenie, że teraz to już będzie mega niebezpiecznie. Przed
nami było cholernie strome podejście i zakręt w prawo. Szczęście, że były
częściowo poręczowanie.
Gdy wszedłem na grań szczytową, oniemiałem. Widok był piękny, ale było zdradziecko
niebezpiecznie. Z lewej i z prawej ciągnęły się niekończące się przepaście, a
my mieliśmy iść granią szczytową. Nie wiem, jak szliśmy, byłem tak skupiony na
niepopełnieniu błędu, że nie zwracałem uwagi na inne rzeczy. Raz z lewej strony
grani, raz z prawej strony i na tyle daleko od szczytu nawisu, by nie urwał się
pod naszym ciężarem. Znów zmiana stron. Wiatr i zimno. Adrenalina. Nagle jest! Nie
wiem, kiedy wszedłem na wypłaszczenie i kiedy ukazała się pinezka...
Uklęknąłem przed nią. Łzy popłynęły same.

Dlaczego? Dlatego, że udało
się wnieść koszulkę na szczyt? Dlatego, że udało się zdobyć górę za pierwszym
razem? Czy po prostu ze szczęścia? To był ten moment.
Zrobiliśmy krótką sesję i ruszyliśmy
w dół jak najszybciej. Wiedzieliśmy, że pogoda może się zepsuć w każdej chwili.
Po długim i meczącym zejściu wróciliśmy do namiotów około 23. Zejście strasznie
się wydłużyło. Pewnie dlatego, że torowaliśmy drogę do góry, a na powrót brakowało
już sił. Zostaliśmy na noc. Szybka herba, kęs kiełbasy i sen.
Rano pobudka. Wstawać szybko, spieprzamy (sorry za słowo)! Trzeba było szybko się
pakować, szła burza.
Wiedząc, co nas czeka, szybko zaczęliśmy zejście. Niestety nasi przyjaciele na
dole w bazie nic nie wiedzieli i denerwowali się cały czas z powodu braku informacji.
Udało nam się szybko pokonać Grań Butters i potem szybko zeszliśmy lodową ścianką.
Wręcz biegiem, jak marines. Druga grupa zniknęła gdzieś w zaczynającej się
wichurze.
Doszliśmy do bazy. Czekali na
nas, zrobili nam herbatę. Nasza druga grupa była nadal niewidoczna. W końcu wyruszyliśmy
naprzeciw i zobaczyliśmy ich. Jeden z członków był wyczerpany. Niestety dalsza
droga była zbyt ryzykowna, więc zostaliśmy na noc w bazie. Przygotowaliśmy się,
by rano ruszyć w dół.
Kolejnego ranka pogodna okazała się znośna. Wiedzieliśmy dokładnie, że czas nie
gra na naszą korzyść.
Zaczepiliśmy
sanie w dół na Windy Corner. Burza śnieżna, która miała być dzień wcześniej, dopadła
nas właśnie tam. Nie było sensu wracać i tak było już dostatecznie niebezpiecznie.
Szliśmy w dół, wydłużając maksymalnie nasze grupy, by szukać w miotającym
śniegiem nas wietrze kolejnych traserów. I tak w potężnym wietrze doszliśmy do
niższych obozów. Zabraliśmy depozyt i ruszyliśmy dalej, do jedynki. Znów wiatr,
znów śnieg, cholernie zimno. Miałem wrażenie, że góra nie chce nas wypuścić. A
tu nagle... Tuż przed jedynką słońce i brak chmur.
Rozstawiliśmy namioty i tym razem w spokoju spędziliśmy noc. Kolejnego poranka
w dupę dostaliśmy jeszcze Hartbreak Hill. Miałem dość. Najpierw długo, długo w
dół z tymi ciężkimi saniami, a potem znów pod górę do lądowiska. Mijając
rozradowanych ludzi idących dopiero w górę, cieszyłem się w duchu, że ja już ją
zdobyłem. Współczułem im: gdy ja będę pił piwko w Talkeetne i jadł steka, ty
będziesz zmagał się z górą.
Ale w głębi serca pozdrawiałem ich gorącym hello.
Jest lotnisko. Nasza przygoda zbliża się do końca. Pakujemy się wracamy cali i
szczęśliwi.
Czułam się tak, jakbym tam z Wami była. Może tylko z jedną, "małą" różnicą... brakiem zmęczenia! Przepięknie przekazane emocje, prawdziwe i szczere! To pierwszy tak bardzo wiarygodny i szczegółowy opis wyprawy na Denali, jaki przeczytałam .Gratuluję zdobycia kolejnej "gwiazdki". Powodzenia na kolejnych wyprawach i .. tyle zejść, ile wejść!
OdpowiedzUsuń