Gran Paradiso Aklimatyzacja przed Mount Blanc





Gran Paradiso


Pewnego lata , co niesłychane pierwszy w moje historii urlop w lipcu
J, zaczęła się ciekawa wyprawa celem był Mount Blanc ale wcześniej aklimatyzacja na Gran ParadisoJ

Góra piękna i dostarczająca wspaniałych niezapomnianych wrażeń choćby przejście nad 300 metrową przepaścią. Położona w pięknej Italii góra jest bardzo dobrym punktem aklimatyzacyjnym prze wejściem na Mount Blanc.

Podróż zaczęła się we Wrocławiu skąd wyruszyliśmy jak się okazało samochodem busem.  Agencja której nie bardzo chce robić reklamę wpadła na genialny pomysł by  sami podróżnicy prowadzili samochód choć na początku wydawało się to normalne w późniejszym czasie stało się męczące w końcu miało być przyjemnie a zanim wszedłem góry miałem dość.
Ale co tam…
Podróż przez kraje europy też może okazać się wspaniała
J Po kilkunastu godzinach podróży docieramy w końcu do naszego noclegu  położonego w dolinie Aosty Campu.


Niestety okazało się, że nasz lider pomylił Campy i tym sposobem wylądowaliśmy dość duży kawałek  dalej
J
Rozprostowaliśmy nogi rozbiliśmy namioty w pięknym leśnym terenie gdzie za ścianą rozlegał się odgłos małego wodospadu, który w nocy tulił nas do snu.  Po rozłożeniu się na miejscu obozowym zaczęliśmy segregację sprzętu i lin, które mieliśmy ze sobą zabrać na wyprawę.
W pobliskiej obozowej kawiarence usiedliśmy by pogadać o samym podejściu i dowiedzieć się co nas czeka. I tu zdziwienie…. Nasz lider okazał się dziwnym człowiekiem wytykając nam wszystkim jak bardzo źle jesteśmy przygotowani i jak bardzo zły sprzęt mamy ze sobą. Uznałem, że może faktycznie jesteśmy niedouczeni i nie umiemy czytać co zostaje nam przekazane w mailach odnośnie sprzętu.


Po chwili w dość dziwnej atmosferze uznaliśmy że nie ma co się przejmować przecież mógł być zmęczony drogą i to wynik flustracji.
Następnego dnia pojechaliśmy  z Cavilda dr Franco czyli naszego obozowiska do miejsca gdzie zostawiliśmy bus i w sumie do miejsca gdzie mieliśmy wcześniej nocować czyli Pont.
Naszym oczom ukazał się wspaniały widok  gór ośnieżonych białym puchem jakby wystających lodów waniliowych znad łąk same końcówki w śniegu
J
 Kontrast błękitnego nieba oraz białych wierzchołków Alp był niesamowity a przy tym wspaniała soczysto zielona łąka była jak dywan dla zmęczonych nóg powracających z trasy
J
Rozpakowaliśmy sprzęt trochę osuszyliśmy śpiwory w pełnym słońcu, której jak balsam ogrzewało nasze twarze. Poszliśmy na ostatni dobry posiłek przed podróżą do pobliskiego hotelu.
                                       J

Po krótkiej radości z ciastkami i kawa dopiero co poznana garstka ludzi wzięła swoje ciężkie plecaki i ruszyła przez zielona łąkę pędzącą ścieżką pośród traw i prowadzącą do pierwszego wspaniałego mostu, kładki nad rwącą rzeką. Tak  w dużej grupie szliśmy słuchając rzeki niczym przewodnika podróży.
W drodze ku naszemu zdziwieniu rozmawia się nam w miarę dobrze z naszym liderem choć po poprzedniej nocy i zapoznaniu nie jesteśmy skorzy udzielać się emocjonalnie  w nasze poznawanie.


Rzeka się oddala a my przy Ryfugio Tetras Lyre Campo zaczynamy wspinaczkę zakosami jeszcze wśród drzew zmieniając w szybkim tempie wysokość.
Były chwilę, gdy każdy z nas miał dość, bo wcześniej wspomniane słońce okazało się udręką naszej
Zakosami ciągle ku górze każdy z nas zapomniał jak piękny otacza nas świat a skupił się by szybko podejść. Czasami stawaliśmy zaczerpnąć powietrza i odetchnąć i wtedy odnajdywaliśmy sens naszego jestestwa w górach. Piękne białe szczyty na tle jaskrawo błękitnego nieba wyglądały niewyobrażalnie ślicznie.
Wyszliśmy z lasu gdzie jeszcze mogliśmy chować się przed promieniami na otwarty teren i dalej zakosami w pełnym słońcu coraz bardziej pokazywało zakres sił, jaki ma każdy z nas. Niektórzy pędzili do góry inni równym tempem mozolnie szli do góry. Po pierwszej walce z emocjami i zmęczeniem docieramy do oazy spokoju: 0 ·Wspaniałe uczucie gdzie ludzie odpoczywają otaczając schronisko Emanuele II było jak wisienka na torcie.
Do Campu doszliśmy dość szybko i mogliśmy rozkoszować się widokami.
Po zalogowaniu się na w schronisku okazało się, że mamy czas by się poznać.
Szybkie szkolenie z zakładaniu raków. Kilka chwil by nawiązać z ekipą dobry kontakt. Zdjęcia w niepowtarzalnej atmosferze górskiej i czas napełnić wodą bukłaki i do snu, bo o 3 ruszamy
J
 Co niektórzy wychodzili dalej by zobaczyć jak jest przy jeziorku, które niczym błękitna kropla zatrzymało się w małym zgłębieniu terenu.
Ja na chwilę wyszedłem zobaczyć jak zachód słońca w górach wysokich wygląda, ale szybko wróciłem, bo denerwowałem się, że nie śpię a spać muszę by mieć siły.
                            
Noc szybka i głucha każdy za nas nie wiedział jak będzie. Nawet nasz wszechwiedzący Lider!
Około 2: 30 zaczęła się krzątanina na strychowym senniku
J niby każdy uważałby być cicho i nikogo nie zbudzić.  Nikogo z 50 osobowej rodzinyJ hehehe
Również obudziliśmy i zaczęliśmy w pośpiechu ubierać się i pakować
J do wyjścia.
Nasz lider naciskałby szybciej się gramolić bo…. Tam idzie z grupą przewodnik i musimy się z nimi trzymać.
Zastanowiło mnie to, ale na tyle szybko się zbieraliśmy, że nie zakumałem o co komon
J
 Otworzyłem drzwi schroniska i zimny, mroźny wiatr niczym poranna kawa otrzeźwił mi umysł i dotarło do mnie, że idziemy na Gran Paradiso
J
super jupi
J cieszyłem się choć z tyłu głowy martwił mnie lider.

Ruszamy….. Latarki, które pojawiły się na szlaku wyglądały jak małe pielgrzymki ze świecami… ruszaliśmy się mozolnie, bo droga była usłana kamieni po lawinowymi tym sposobem tylko ułożone kopce z kamieni pokazywał kierunek wędrówki i wtem koleżance z bukłaka zaczęła lecieć woda … musieliśmy się pilnie zatrzymać i naprawić plecak, co w istocie zajęło chwilkę.  Nasz lider …. Zaznaczam lider to kierownik wyprawy, czyli osoba znająca teren mająca doświadczenie i służąca pomocą i wsparciem
J otóż nasz lider widząc oddalającą się grupę z przewodnikiem spanikował i oświadczył ze jedna z dziewczyn ma wrócić do schroniska i już nie idzie, bo nie a sam krzyczał na nas, że nie zna drogi i musimy się trzymać przewodnika…
Zmroziło mnie… Nie znam drogi zapytałem się sam siebie jakby szukając sensownego wytłumaczeni dla sytuacji, w której się znalazłem… Udało się w nerwach jakoś naprawić bukłak, ale jedna z naszych koleżanek odpuściła i wróciła do schroniska. Szliśmy dalej i nie rozmawialiśmy. Mieliśmy wręcz źli tak pędzić po kamieniach i nawet nie robiliśmy zdjęć, bo nam zakazano ze względu na czas.
Doszliśmy do żlebu gdzie zaczął się śnieg i w którym nasz lider stracił orientacje i kompletnie nie wiedział gdzie iść.
W grupie zapanowała atmosfera dezorientacji i zagubienia. Zaczęliśmy zakładać raki czekając na grupę za nami. I dzięki nim zaczęliśmy kontynuować podejście.
 Zdjęć jak widać nie robiliśmy prawie wcale, bo nie!!:)
W blaskach wschodzącego słońca weszliśmy na lodowiec pokonując żleb zakosami już w rakach.:)

Nawet teraz nie pamiętam czy byliśmy w asekuracji lotnej
J Przebiegliśmy tę cześć jakby za chwilę miałby się świat skończyć…
Na lodowcu chyba teraz sobie przypominam związaliśmy się asekuracja lotną i ruszyliśmy w górę. Na szczęście już wydeptaną ścieżką i coraz cieplejszej atmosferze.  Widać było cel naszej wędrówki i coraz piękniej wyglądało otaczające nas górskie środowisko. Śnieg miejscami był błękitny
J co jakiś czas odpoczywając i robiąc zdjęcia z ukrycia delektowaliśmy się pięknem gór a małe kropeczki na trawersie utrzymywały nas w pewności ze mamy jeszcze kawałek.

 Po długim zakręcie tuz przed szczytem  zrobiliśmy sobie przerwę i czas na herbatę i posiłek.
 Lider oświadczył że nie jest to nasz cel wiec nie będziemy ryzykować  przejścia na sam wierzchołek i będziemy wracać. Osiągnęliśmy wysokość  . Okey.

                                      

 Wiec schodzimy.
Słońce okazało się zbawieniem gdyż wracaliśmy ta samą znaną już ścieżką wiec można było się rozluźnić i skorzystać, że wspomnianego słońca, które swoim ciepłem w rynnach ścieżki zrobiło istną chlupię, na której można było użyć tzw. dupozjazdów :)
 wiec jak małe dzieci krzycząc jadeeeee ślizgaliśmy się na sam dół w bezpiecznym terenie aż do granicy śniegu.
Doszliśmy potem do schroniska gdzie powitała nas Ela nasza koleżanka, która została w schronisku :)



  

Po chwili przerwy zebraliśmy i zeszliśmy ta sama drogą do busa pokonując zakosy w lesie. Znów powitał nas szum rzeki i ciepła kawa z ciastkiem w hotelu..
Z dużym doświadczenie, co do lidera zmieniliśmy trochę front i grupa się rozdzieliła na grupę i lidera …..
 A przed nami trudny Mount Blanc….  Ech żeby wszyscy przeszli ciąg dalszy niebawem….





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Samotnie na Kazalnicy

Początki drogi